Digital 45 (D45)

D45 to cyfrowa wersja winylowego singla 45 obrotów/minutę. Cyfrowa jest w sumie tylko idea, bo jakość jest mimo wszystko inna. Od niedawna takie „single” są do kupienia w sklepie iTunes.

D45 jak klasyczny vinyl składa się z 2 ścieżek – jedna jest hiciorem, a druga mało znana. Całość kosztuje $1.99 (czyli, rozumiecie, promocja, bo hicior kosztuje 1.29 a mało znany zwykle 0.99).

Pomysł… marketingowy. Czy się sprawdzi? Zobaczymy…

D45

Apple stawia na transfer użytkowników Garageband?

Przeglądając strony opisujące Logic Studio 9 można natrafić na tekst „10 ways to take your music to next level„. Przeznaczony on jest dla dotychczasowych użytkowników Garageband, którzy zachęceni określoną filozofią działania tego programu, będą chcieli przejść na „kolejny etap”.

Szczerze mówiąc z Garagebandem miałem do czynienia w życiu ze 20 minut. Jedyne wspomnienie mam takie, że to taki bardzo uproszczony Logic. Z drugiej strony na pewno takie przejście – z Garageband do Logica – jest dla potencjalnego użytkownika dużo łatwiejsze niż przerzucenie się na produkt konkurencji. Czyli sprytny ruch.

A tak w ogóle zaczęło się od lekcji, które sprzedawano przez Garageband. Po wypuszczeniu około dwudziestu lekcji nauki gry (notabene na dwóch różnych instrumentach), tak znakomicie wyszkoleni instrumentaliści zaczynają komponować/produkować muzykę i… kupują Logic Studio 9? Wyczuwam w tym pewną niekosekwencję. A może za wolno się uczę?

Poniżej satyryczny obrazek ze strony apple.com: „From the garage to the studio”.

From the garage to the studio

Logic Pro 9

Po niespodziewanym update’cie sklepu Apple Store pojawiła się nowa wersja pakietu Logic Studio. Co nowego, oprócz świecidełek?

Wraz z flagowym Logic Pro 9 pojawiły się nowe wersje: Main Stage 2 oraz Soundtrack Pro 3. Poniżej skupiam się na nowowściach w Logicu.

Nowość to przede wszystkim obsługa tylko i wyłącznie Intela. Wymagany system to co najmniej 10.5.7, czyli jak wróżyłem niedawno Apple stawia na systemy wieloprocesorowe (co nie dziwi już nikogo). Cieszy mnie to bardzo, bo Logic 8 nie korzystał z potencjału dwurdzeniowców (nie mówiąc już o innych zabawkach).

A ze świecidełek:

Flex Time – czyli zestaw narzędzi ułatwiających tempem i czasem. Generalnie bez cudów, ale w końcu do pewnych operacji nie trzeba korzystać z oprogramowania firm trzecich (np. Melodyne, aczkolwiek nie jestem w stanie stwierdzić, czy Logic 9 je w całości zastąpi – myślę, że nie).

Audio Quantize – umożliwia zsynchronizowanie niezależnych partii audio (czyli innymi słowy w wygodny sposób zmienia czas trwania dźwięków, nie zmieniając ich wysokości).

Editing drum tracks – edycja ścieżek audio z bębnami tak jak w sekwensterze (czyli z możliwością swobodnej ich modyfikacji).

Varispeed – możliwość łatwego zmiejszenia tempa całego projektu w celu nagrania na przykład partii muzyka, który (ekhm…) sobie nie radzi. No comment.

Selective Track Import – jak sama nazwa wskazuje umożliwia importowanie poszczególnych ścieżek z innych projektów. Bardzo tego brakowało.

Drum Replacer – służy do zmiany barwy instrumentów perkusyjnych lub ich wymiany na inne. Praktyka pokaże ile to jest warte…

Music notation – notacja muzyczna zaczyna przypominać tą tradycyjną. Nie wiem, czy ktoś odważy się pisać w Logicu partytury orkiestrowe, ale wygenerowanie partii dla pojedyńczego muzyka nie będzie już problemem.

Notation and chord grids – tworzenie tabulatur i schematów akordowych dla gitary. Jakaś moda ostanio?

Warped effects for Sound Designer – Sound Designer to świetna wtyczka do robienia pogłosów. Teraz podobno liczba presetów zwiększyła się do ponad 450. Przydatna rzecz.

Guitar Gear – zestaw efektów dla gitarzystów. Nie czuję zawrotow głowy – znaczy się: nie gram na gitarze.

Liczba nowości jest jeszcze dużo, dużo większa. Ale czas już na wnioski. Rewolucją dla Logica jest możliwość potencjalnego zwiększenia mocy. W połączeniu ze Snow Leopardem oczekuję widocznego przyrostu wydajności (cały czas liczę, że wykorzystam jeszcze do czegoś moją kartę graficzną).

Pakiet w Stanach kosztuje $499. Czy warto wydać $199 na update, jeżeli niedawno ktoś kupił wersję 8? Odpowiedzcie sobie sami. Napewno pakiet jest godny uwagi.

Logic 9

Time Machine na dysku sieciowym

Niektórzy pewnie pamiętają, jak we wczesnych wersjach Leoparda możliwe było robienie backupu na dowolnym dysku sieciowym, wystarczyło wpisać w terminalu jedną linijkę.

Wyglądała ona tak:

defaults write com.apple.systempreferences TMShowUnsupportedNetworkVolumes 1

Niestety to rozwiązanie upadło, a Apple zapragnęło, abyśmy do backupu używali kieszeni podłączanych do komputera (które palę regularnie) lub Time Capsule (które jest bezprzewodowe i cholernie drogie). Dla chcącego nic trudnego – na blogu Some Life odnaleźć możecie instrukcję dotyczącą omawianego tematu. Przedstawia się dość zawile… 10 rozwiniętych punktów. Ale być może warto spróbować. Ja się będę bawił, jak tylko dojdę do siebie po ostatnich katastrofach…

Zastanawiam się tylko, czy z takiego „nieoficjalnego” backupu da się odtworzyć system? Są chętni, żeby spróbować? 😉

New life

Niedawno pisałem o moich problemach z kartą graficzną i ciemny monitorem. Problem się niestety powtórzył; z pewną ulgą oddałem komputer do serwisu. Panowie z Cortlandu uwinęli się szybko (dziękuję!) i po 6 dniach mogę znów cieszyć się makiem… z nową płytą główną. Czyli jakby zaczynam od początku (i ten swąd, jak z nowego komputera).

Oczywiście nie udało mi się uniknąć uwag znajomych, którzy ze zjadliwymi uśmieszami pytali: „to ile wydałeś na ten komputer?” (dla nich też pozdrowienia ;)).

Ale te ostatnie 6 dni pokazało mi, że siła przyzwyczajenia jest silna. Tak silna, że moim następnym komputerem będzie jak mi się wydaje – mak. I układ klawiszy z lewym altem to małe piwo. Jestem uzależniony od software’u, OS X jest niesamowity i nie zamienię go na nic innego. Chociażby dlatego, że całą muzykę, projekty etc. mam w makowych formatach.

Jestem uzależniony od dobrego softu i naprawdę dobrze się z tym czuję. Póki hardware działa.

A tak swoją drogą nie da się rozsądnie wytłumaczyć, dlaczego jest sens kupować droższe komputery zamiast tańszych, skoro „teoretycznie to ten sam sprzęt”. Uświadomić można to sobie przesiadając się na tydzień z maka na peceta. Ja mam to doświadczenie za sobą i już dziękuję. Wiecie, że ostatnio plagą są wirusy na pendrivach? To ciekawe, bo usuwam je wszystkim znajomym. Pecety tego nie robią? Robią, tylko się trzeba napocić. Etc., etc.

Jeżeli ktoś nigdy nie siedział przy maku, to musi usiąść, inaczej się go nie przekona. Użytkownicy innych systemów nie są w stanie nawet uświadomić sobie o ile ich życie może być prostsze.

A póki co radośnie wracam do pracy. Na maku.

O co chodzi z tym wrześniem, czyli o nowym Logic'u

Przy oglądaniu video z ostatniego applowskiego keynote’u jakoś szczególnie uderzył mnie ten moment, kiedy w trakcie pokazywania Snow Leoparda pojawiła się wzmianka o terminie sprzedaży: wrzesień. Publiczność amerykańsko wręcz wylewna w tym momencie zareagowała ciszą. To była taka konsumencka cisza, w której nie można dostać tego co by się chciało dzisiaj, od razu. Nie potępiam takiego podejścia, sam przecież chciałbym zobaczyć ten system (czy jak wolicie dużą aktualizację) w akcji.

Ale zastanawiam się czemu nie teraz? Czemu nie od razu? Czyżby ze względu na premierę Windows 7, która odbyć się ma później w tym roku? Czy może są jeszcze jakieś inne powody? Leopard w momencie wejścia na rynek nie był gotowy do codziennego użytkowania. Wiem to, bo połakomiłem się, aby pracować na nim od wersji 10.5.0. Nie żałuję, ale była to na początku dość uciążliwa znajomość…

Więc paradoksalnie albo Apple poszło po rozum do głowy i szlifuje system, albo…

Mój tok rozumowania jest taki: Snow Leopard wprowadza dużą ilość usprawnień (pełne 64 bity, lepsza obsługa wielordzeniowości,  karta graficzna jako źródło nieprzebranej 😉 mocy obliczeniowej), lecz co dalej? Na co mi moc obliczeniowa karty graficznej (moja się zalicza do zestawu szczęśliwych wybrańców), skoro program do obróbki dźwięku nie będzie wspierał nowych technologii?

Oto co wymyśliłem: we wrześniu Apple być może pokaże po prostu Snow Leoparda z zestawem „zabawek”: Logic Studio 9, kolejny (nie wiem który, 7?) Final Cut, Aperture 3? Wszystko tylko dla Intela? Wiem, że to gdybanie (i trochę bez sensu), ale patrząc z punktu widzenia użytkownika Logic’a 8 (który to Logic i jego zaokrąglone rogi pamiętają czasy Tigera…) – taki ruch wydawałby się… logiczny.

O czym Apple zapomniało

Jak pisze TechCrunch (dziękuję, Paweł), po początkowym szumie dotyczącym lekcji w programie GarageBand, Apple przestało rozwijać ten pomysł.

Zaczęło się od nowego pakietu iLife ’09. Wszyscy byli zachwyceni zestawem nowych funkcji, rozpoznawaniem twarzy w iPhoto i tak dalej. Mnie oczywiście najbardziej zainteresowały lekcje nauki gry na instrumentach. Pisałem o tym, toczyła się dyskusja, zastanawialiśmy się, jak potoczy się ta sprawa dalej. Zamieściłem nawet tekst „5 lekcji, dla których kupiłbym GarageBand ’09„. Widać Apple go nie czytało.

A powinno, bo od lutego kiedy ukazało się 18 lekcji (po dziewięć dla fortepianu i gitary) jedynym updatem było dorzucenie 3 fortepianowych. I na tym koniec.

Potencjał pomysłu przecież jest olbrzymi, co jednak być może nie przekłada się na zainteresowanie tym projektem. Jak sugeruje autor wspomnianego artykułu, wprowadzenie mechanizmu publikacji i sprzedaży lekcji przez mniej znanych twórców byłoby ciekawym pomysłem. W przypadku pedagogiki muzycznej, to, że jest się świetnym artystą, niekoniecznie musi przekładać się na talent pedagogiczny. Skorzystanie ze sławy światowej czołówki muzyków być może było marketingowo dobrym posunięciem, ale należałoby zadać pytanie: co dalej. Pomysł umiera. A uczyć piosenek mogliby po prostu sami zainteresowani takim działaniem: nauczyciele z pobliskiej szkoły muzycznej (jeżeli tylko opanowali język angielski…).

Oczywiście pytanie, jak w czytelny sposób przedstawić taką lekcje. Nie wystarczy przecież zagrać utworu, żeby go kogoś nauczyć. W przypadku lekcji w GarageBandzie ułatwiać naukę miały schematy graficzne (te wszystkie punkciki na gryfie 😉 ). Potrzebne byłoby jakieś mądre narzędzie, programowy schemat budowy zajęć (i metodyka nauczania: pokazujemy utwór, omawiamy części, wchodzimy w szczegóły wykonawcze, „lepimy” całość). Powiało szkołą, więc może zbyt głęboko grążę.

Rozumiem, że najlepiej sprzedają się teraz aplikacje dla iPhone w AppStore, ale czy Apple zajmuje się teraz tylko jedną rzeczą naraz? Czemu nie ma już miejsca na pomysły niekoniecznie dochodowe, ale po prostu nowatorskie? Nie chcę robić z tego dramatu egzystencjalnego, ale jeżeli powiedziało się „a”, to trzeba powiedzieć „b”. Tak sądzę.

PS: Niniejszy wpis jest 101 na blogu applemusic.pl. Szybko to zleciało…

O mocy obliczeniowej

Irytuje mnie niesamowicie, kiedy ktoś na pytanie „jak podkręcić maka” odpowiada z oburzeniem: „przecież nie ma takiej potrzeby”. Otóż – potrzeba taka istnieje. Nie tyle podkręcania sprzętu, co większej mocy obliczeniowej. Ja przy wykonywaniu prostych (z punktu widzenia użytkownika) operacji, na przykład zgranie materiału audio do pliku wykorzystuję 100% mocy komputera i nie są to pojedyncze przypadki.

Nie mówiąc już o programach w Max/MSP, gdzie nie potrzeba pisać wielkich programów i już procesor dostaje zadyszki. Mam program, który zawiera w sobie 8 „modułów” brzmieniowych, ale przecież lepiej byłoby móc mieć ich 16! Potrzeba mocy obliczeniowej jest dla mnie oczywista, niestety nie wszyscy w „środowisku” zdają sobie z tego sprawę.

W przypadku Max/MSP istnieje możliwość połączenia kilku komputerów przy pomocy sieci i w ten sposób wykorzystywanie możliwości takiego zaimprowizowanego klastra (pojęcie niemuzyczne! btw: pojęcie muzyczne odmienia się „klastera”, wikipedia: tutaj). Swoją drogą, ten zabieg właśnie wykorzysta mój kolega Mateusz Ryczek na sobotnim koncercie w Ogrodzie Botanicznym o godzinie 12, w ramach festiwalu MusicaElectronicaNova.

Wracając do tematu mocy, to niewiele da się zrobić. Wydajność komputera można zwiększyć na przykład przez defragmentację dysku. Ale nie ma dobrego narzędzia do defragmentacji dla OS X. Ja wiem, że istnieją takie pakiety narzędziowe, ale mam z nimi złe doświadczenia.  Defragmentacja nie jest potrzebna, tak? Niestety na makowych dyskach magiczna defragmentacja dotyczy tylko małych plików. A duże – czyli na przykład nieskompresowane ślady w projektach audio leżą poszatkowane jak cebulka. Z drugiej strony kopiowanie wszystkiego w tą i z powrotem na zewnętrzny dysk (co tymczasowo rozwiązuje problem) też wydaje się nierozważnym pomysłem. Problem jest nie rozwiązany. Oczywiście możnaby się zastanawiać nad koniecznością takiego procederu, lecz Apple sugeruje przecież, że w określonych okolicznościach defragmentacja „może pomóc„.

Co więc może zrobić spragniony mocy artysta?

Dobrym pomysłem w przypadku laptopów jest dysk, 7200 obrotów na minutę (czekam aż wyprodukują 500GB-towe, 2,5 calowe dyski o tej prędkości; wtedy wymienię).Wymiana dysku w Macbookach Pro (ale nie „unibody) jest dość „interesującym” zajęciem. Ale wykonalnym – bez większych problemów.

Pomóc może także dołożenie pamięci (akurat tego już zrobić nie mogę), zwiększy to elastyczność środowiska pracy (chociażby więcej wtyczek AU, VST naraz).

Procesor jest na stałe połączony z płytą główną, ale gdyby udałoby się mi go odlutować, na pewno wspomnę o tym na blogu ;).

Czy ktoś ma jeszcze jakieś pomysły?