DRM, sprzedaż muzyki a tak zwana kradzież.

Zagadnienie „sprzedaży” muzyki jest bardzo złożone. Bo jak możemy kupić coś, co nigdy nie będzie do nas należeć? Czy „kupując” muzykę, kupujemy prawo do jej słuchania? Skoro zgodnie z nowym trendem odrzucamy nośnik jako taki (co ma plusy i minusy), gdzie nas to prowadzi?

Nabywam piosenkę, powiedzmy za dolara. Tym samym mogę jej słuchać w sposób nielimitowany. Może też jej słuchać moja żona. I kumpel, jak do mnie wpadnie. Jestem legalny? No dobrze. Teraz tak: skoro żyję we wspólnocie majątkowej, wszystko jest wspólne. Czyli możemy słuchać tej piosenki, każdy ze swojego odtwarzacza, czyli tworząc jej kopię. Legalnie.

Wolno także nagrać piosenkę z radia. Nawet internetowego. Nie powinno się jednakże udostępniać jej w sieciach P2P, co jest zrozumiałe.

Dozwolony użytek dotyczy także znajomych. Można skopiować piosenkę np. koleżance z pracy. Legalnie.

Paradoksalnie, mało kto chce zrozumieć (a koncerny muzyczne wręcz nie chcą!), że taka wymiana jest dla samej muzyki rozwojowa. Poznając nową muzykę, nowych artystów i wykonawców stajesz się potencjalnym klientem. Udowadnia to chociażby serwis LastFM. Można tam posłuchać muzyki, której się nie kupiło. Legalnie.

Warto wspomnieć, że tutaj prawo polskie różni się od amerykańskiego, gdzie „dozwolony użytek” nie istnieje, bo „fair use” to nie to samo.

Teraz sprawa druga. Pieniądze. Smutna rzecz w tym kontekście, ale kwestie DRM, kradzieży muzyki etc. nie dotyczą samych artystów. Zbiór argumentów – jeżeli Twoja płyta jest w nielegalnym obiegu w sieci, oznacza to kilka rzeczy (nie wszystkie punkty muszą zachodzić równocześnie):

1. jesteś znany

2. robisz niezłą muzykę

3. zarabiasz na niej pieniądze (tu powinien być link do jakiegoś Rubika, ale się wstrzymam)

4. koncertujesz

Jeżeli w tym momencie martwisz sie piractwem, albo takim czy innym ograniczaniem rozpowszechniania Twojej muzyki, a nie nagrywaniem kolejnej płyty (czyli po prostu robieniem muzyki), to znaczy, że masz coś z głową.

Czy ktoś traci na „piractwie” które omówiłem powyżej? Koncerny muzyczne? Im się wydaje, że tracą. Oczywiście, każdy z nas z osobna mógłby kupić tą samą piosenkę, ale czy to ma sens?

Problemem Apple jest to, iż stoi pomiędzy młotem a kowadłem. Chce budować wizerunek przyjaznej firmy, ale z drugiej strony koncerny muzyczne nigdy nie chciały niczego innego poza kasą. Jest to jakoś zrozumiałe.

Po co ten cały wywód?

Konkluzja: uważam, że wątpliwości niektórych dotyczące DRM i jego „dekodowania” są w warunkach polskiego prawa co najmniej niewłaściwe. Dozwolony użytek, ot co!

One thought on “DRM, sprzedaż muzyki a tak zwana kradzież.

  1. Cieszę się, że poruszyłeś ten temat i odzieliłeś myślenie tworców od myślenia tzw. koncernów muzycznych. Dla twórcy jest jasne, że muzyka należy do niego, a jej dystrybucja jest jej promocją i sprzedażą na określonych warunkach. Kompanie muzyczne, nie będąc de facto właścicielami muzyki, co najwyżej jej producentami, starają się wszystkich przekonać, że muzyka należy do nich, nawet wówczas gdy została zakupiona na określonym nośniku do odtwarzania. A jeśli należy, to producent ma prawo ograniczyć nawet odtwarzanie muzyki. I tu się zasadniczo różnią kompanie muzyczne z artystami, bo przecież artysta chce, by muzyka była słuchana, tym bardziej jeśli została zakupiona na określonym nośniku.

    DRM więc w samej koncepcji jest dziwnym tworem, bo nie zabezpiecza przez kopiowaniem, ale przed… odtwarzaniem. Uważam, że naturalne jest iż nabywca muzyki na określonym nośniku chce mieć możliwość jej słuchania wszędzie tam, gdzie jest możliwość odczytu tego nośnika. DRM to uniemożliwia, dlatego osobiście dla mnie jest produktem absurdu i również dowodem na to, że artyści (tak, artyści) ograniczyli sobie sami w obecnych czasach możliwość wpływania na to co się dzieje z ich muzyką. Dochodzi do tego, że kupując muzykę zespołu X możesz ją odtworzyć tylko w odtwarzaczu P firmy A.
    A przecież zupełnie inna historia jest np. z płytami – w dobie panowania CD nikomu nie przychodziło do głowy by uniemożliwiać jej odtwarzanie gdziekolwiek było to dostępne, czy to w samochodzie, czy w pracy, czy w domu, czy Discmanie kolegi. Widać, że nadal płyta jako nośnik góruje nad plikami, nie tylko jakością, ale także „normalnością” koncepcji. 🙂

    Ostatnia sprawa – cały czas piszę o nośnikach, bo uważam, że nie jest możliwy odczyt muzyki bez nośnika, czy to nośnikiem jest partytura, czy winyl, czy CD, czy plik w określonym formacie. Dlatego wszyscy, którzy mówią o „braku nośnika”, ulegają zwodnicznej nowomowie.
    Dlaczego? Bo schemat jest prosty i ten sam od tysięcy lat: muzyka jest zapisywana (czy rejestrowana, jeśli mowa o nagraniu) na jakiś nośnik, z którego potem można ją odczytać.

    Pozdrowienia 🙂

Comments are closed.