O tym jak… kupiłem iPhone'a 4

Długa historia w kilku słowach wygląda tak: (żeby mieć o czym pisać na blogu ;)) nabyłem nowego iPhone’a. A właściwie zamówiłem, a potem wyszła ta cała antenowa afera (co nie sprawiło, że anulowałem zamówienie). No więc iPhone 4 leży na moim biurku… a ja zacznę od początku.

Wszystko zaczęło się dwa i pół roku temu kiedy to kupiłem pierwszego Macbooka. Myślicie, że to nie ma związku z wadliwymi iPhonami? Otóż ma. Mój pierwszy mak kopał mnie prądem. I właściwie po dłuższym researchu okazało się, że w sumie każdy aluminiowy Macbook kopie prądem. I jak mi się wydaje, jest tak po dziś dzień. (Nie wierzycie? sami sprawdźcie: wystarczy dotknąć metalowej obudowy Macbooka oraz kaloryfera – bynajmniej nie zachęcam do tego eksperymentu, robicie to na własną odpowiedzialność; mnie lekko „pieści”). Tak czy inaczej jest to „wada konstrukcyjna” tych komputerów (a także lodówki, pralki, zakładając, że nie macie 3-żyłowej instalacji elektrycznej). Rok temu z okładem mój Macbook zaliczył zgon karty graficznej. Serwis wymienił mi wtedy całą płytę główną na nową – półtora roku po okresie gwarancyjnym. Co jak co – ale jakby to powiedzić: żadna inna firma nie wymieniła mi niczego po okresie gwarancyjnym. Co gorsza wiele „serwisów gwarancyjnych” odmawiało naprawy w czasie trwania gwarancji.

Reasumując firma o której miejscami traktuje ten blog zbudowała sobie u mnie pewien pozytywny wizerunek (mimo dostrzegalnych wad niektórych produktów). Tak wiem – „kiedyś to były makintosze”, a Tiger był taaaki stabilny. Być może. Ale ja nie zaliczyłem tego etapu. Zaliczyłem za to kilka afer związanych z rozpadającymi się obudowami i innymi niedoróbkami sprzętowymi. Mimo to zakładałem, że Apple nie pozwoliłoby sobie na wypuszczenie kliku milionów egzemplaży sprzętu z wadą konstrukcyjną. Zakładałem.

Afera wybuchła. Jobs się ostro tłumaczył. Nie trzeba być Lightmanem żeby zorientować się, że Steve czuje się w jakiś sposób zawstydzony, winny. Te spojrzenia na boki, te wykręty. Mimo tego co pisał Przemek Pająk, ja nie czułem się przekonany. Bo „pi-ar” – „pi-arem”, ale skoro problem nie istnieje, to czemu rozdają do każdego iPhone 4 darmową obudowę?

A jeżeli nie widzieliście jeszcze Another Panned iPhone Promo, to pora nadrobić zaległości. Zaśmiewałem się przy tym do łez (ale łez szczęścia mimo wszystko):

Nie rozwlekając tej części – dzięki Przyjaciołom we Francji po 4 tygodniach oczekiwania sprzęt do mnie dotarł. Otworzyłem pudełko (nie będzie wideo z unpackingu) i mym oczom ukazał się sprawca całego tego szumu medialnego. Małe to ustrojstwo jak na taki szum.

Rzecz pierwsza: karta SIM. iPhone 4 jak wszyscy z Was zapewne już wiedzą obsługuje karty Micro SIM. Nie wdając się w szczegóły techniczne: nasi rodzimi operatorzy wymieniają stare SIMy na Micro SIMy. Tylko, że generalnie robią to tylko w abonamencie. A ja jestem w prepaidzie i to średnio popularnym (reklamy nie będzie, póki nie zapłacą). Więc wybrałem rozwiązanie konkretniejsze: nożyczki. Jako osoba z natury zdecydowana zacząłem ciąć od razu (i tutaj rada: jeżeli tniecie swoją kartę SIM – skorzystajcie z tego szablonu). Obciąłem kartę, ale telefon po włączeniu wciąż nie chciał się aktywować („Insert valid SIM card”). Bo półdniowym poszukiwaniu rozwiązania okazało się, że problemem była zbyt przycięta karta (tak, należy używać szablonu) a po drugie i ciekawsze: zwieranie pól karty SIM przez… aluminiową tackę od iPhona 4 (za to brawa dla inżynierów Apple). Oczywiście – oryginalna karta Micro SIM jest mniejsza i nie trzeba jej izolować taśmą klejącą, co ja w końcu uczyniłem, ale jakiś izolator na tej tacce nie byłby złym pomysłem.

Bo zaizolowaniu nieszczęśnie uciętego SIMa telefon się aktywował, zsynchronizował kontakty i kalendarze, zainstalował zestaw uprzednio zebranych aplikacji i… tak właśnie zaczęła się moja przygoda z telefonem od Apple’a. CDN? Być może.