Melodyne editor

Melodyne – w skrócie: program zacierający powoli granice między nagraniami audio a systemem MIDI. Potrafi w swobodny sposób manipulować materiałem muzycznym: wysokością dźwięku, czasem jego trwania, głośnością a ostatnio także formantami.

Właśnie rozpoczęła się druga faza publicznych (ale ograniczonych tylko do posiadaczy programu) beta-testów programu Melodyne editor, czyli następczyni słynnej wtyczki Melodyne, o której pisałem już trochę. Największą rewolucją (i rewelacją jednocześnie), jest fakt, iż program potrafi teraz edytować nagrania polifoniczne. Sprawia to więcej problemów natury technicznej – jeżeli jesteście zainteresowani tematem, częściowo wyjaśnia go wideo pod poniższym linkiem.

W dużym uproszczeniu – na przykładzie interwału oktawy – jeden z twórców programu prezentuje jak trudno jest oddzielić brzmienie kolejnych składowych jednego dźwięku od interwału składającego się z dwóch, odległych o np. wspomnianą oktawę. I chociaż twierdzenie, że „większość z nas nie jest w stanie stwierdzić”, czy brzmi jeden dźwięk, czy też dwa – jest przekłamaniem – to jednak myślę, że rozumiemy istotę problemu z którym mierzą się programiści.

Nie muszę chyba pisać jakie możliwości daje przyszłościowo Melodyne editor? W idealnym układzie oraz przy dużym nakładzie pracy można z pomocą programu (i odpowiednich utworów orkiestrowych) „wygenerować” dowolne brzmienie orkiestrowe bez pomocy realnej orkiestry (pomijając owe próbki…). Brzmienie, któremu nikt nie będzie miał nic do zarzucenia. A póki co – możemy już tworzyć swoje solówki z cudzych solówek… i nie ma to nic wspólnego z plagiatem. Idą piękne czasy.

Melodyne editor, część 3

Melodyne :)

Przypomina mi się historia, kiedy w liceum przyszedł do mnie pewien znajomy. Był to instrumentalista, a przyniósł swoje nagranie z fortepianem. Jako, że miał je gdzieś wysłać wypalone na płycie, chciał je lekko podrasować. Muszę uściślić, że to był instrument dęty – podciągał końcówki fraz, które były za niskie (końcówki a nie frazy;). Łatwo nie było, bo nagranie z akompaniamentem, a podciąganie jednego powodowało efekt „rozciąganych strun” fortepianu. Miód dla uszu. Tyle słowem wstępu.

Ostatnie odkrycie wygląda tak (dziękuje Marto…):

Continue reading